Ja was proszę? Że porno? Że wyuzdane? No way! Chyba, że czytelniczką jest 40-letnia, samotna kobieta, która zapomniała jak wygląda seks. Skąd fenomen powieści i tłumy ciągnące do kin? Stąd, że tak zwane mom porn trafia do każdej przeciętnej matki, której życia często zamyka się w czterech ścianach, a czas własny spędza na oglądaniu seriali paradokumentalnych (np. Trudne Sprawy).

Miałam nie poruszać w ogóle tematu trylogii, ale teraz, kiedy dla funu wybraliśmy się z Małżonem do kina sprawdzić co można zrobić z kiepskiej książki z bardzo dobrym PRem. Dlaczego uważam książkę za kiepską? Otóż dlatego, że nie rozumiem jej fenomenu. Scenariusz oparty na normalnym związku. Szara myszka i niezłe ciacho (rzadko bywa na odwrót), którzy zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Ona – studentka literatury angielskiej, romantyczka, 21-letnia dziewica (ze świecą szukać), dziewczyna o normalnej, żeby nie powiedzieć przeciętnej urodzie, w tłumie ginie wśród innych jej podobnych. On – 27–letni filantrop, właściciel imperium finansowego, pilotuje śmigłowiec i szybowiec, ma garaż pełen najlepszych samochodów, adoptowany jako 4-letni chłopiec, z ukrytymi problemami z przeszłości, lubujący się w praktykach BDSM. I wokół tego toczy się cała historia.
Christian wychowany w rodzinie adopcyjnej, w tajniki seksu wprowadzony przez przyjaciółkę matki w wieku 15 lat (pedofilia?), po 6 latach uległości z uległego staje się dominantem, Panem. I być może nie zwróciłby uwagi na Anę, gdyby nie fakt, że ich pierwsze spotkanie poniekąd pokazało kto jest kim w tej relacji. Ana od razu padła przed Greyem na twarz – idealna uległa?  Fabułą kręci się również wokół umowy, jaką Grey spisuje z każdą swoją uległą.Oczywiście do podpisania jej nigdy nie dojdzie, co nie przeszkodzi naszym bohaterom “pieprzyć się… ostro” na prawo i lewo, w każdym kącie jaki znajdą. Ponadto Grey łamie wszystkie swoje zasady: śpi z Aną w jednym łóżku, przedstawia ją rodzinie, na rozdaniu dyplomów stają do wspólnego zdjęcia. To pierwsze zdjęcie Christiana z kobietą jakie ukazuje się w prasie. Do tego jest o nią bardzo zazdrosny, zawsze wie gdzie jest Ana, co robi, z kim rozmawia. Zachowuje się po prostu jak zazdrosny facet. A ona? Niby niedoświadczona, ale za to inteligentna. Od samego początku wodzi go za nos i tak naprawdę to ona dyktuje zasady. Szybko okazuje się, że Christian chodzi jak Ana mu zagra.
Gdyby więc z książki (i filmu) usunąć tło BDSM, usunąć Czerwony Pokój Bólu, zostaje nam tanie romansidło. Niesamowita historia miłości, prawie jak w Kopciuszku. Grey jako książę na białym koniu (lub kilku mechanicznych) i Ana jako Kopciuszek, dziewczyna, która znalazła się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze.

Seks.
Ok, tu bez szaleństwa, bo czy naprawdę książka jest aż taj perwersyjna? Aż tak pornograficzna? Skłaniam się ku odpowiedzi przeczącej. Nie wierzę w to, że żadna z podnieconych książką czytelniczek ani razu nie spróbowała w łóżku klapsów czy wiązania krawatem (paskiem od szlafroka czy inną apaszką). Serio, nie wierzę. We własnym domu, z własnym facetem można poeksperymentować i nie jest to nic dziwnego. Ana i Christian “pieprzyli się….ostro” w różnych miejscach, on nie potrzebował być w Czerwonym Pokoju Bólu żeby zlać Anę po tyłku. A jej sprawiały te klapsy ewidentną radochę. Wychodzi więc na to, że w seksie nie robili wcale wiele więcej niż przeciętne pary, które sobie ufają i dla których seks jest elementem wspólnego życia.

Moja opinia.
Trylogia 50 twarzy Greya to moim zdaniem książka na odpowiednim poziomie do gatunku jaki reprezentuje. To taki współczesny Harlequin. Powieść niewymagająca dużego skupienia ani czasu na jej kontemplację. Nie dziwię się nazwaniu jej “porno dla mamusiek”. Umówmy się, większość matek nie ma czasu na spokojne przeczytanie czegoś, co wymaga dużego skupienia. Po całym dniu między dzieckiem, garami, pieluchami, praniem i masą innych czynności chcemy się po prostu wyłączyć, odpocząć, odmóżdżyć. I właśnie do takich celów Grey jest idealny. 50 twarzy to dobra książka o miłości z seksem w tle. To książka dla nie wymagającego czytelnika, to książka pozwalająca na relaks i odpoczynek po ciężkim dniu. To książka ze świetnym marketingiem.

A film?
Cóż, film zaskoczył mnie pozytywnie. Obstawiałam, że książka raczej niskich lotów zostanie przerobiona na film który leży. Ale nie. W filmie pełno scen, które powodowały wybuchy śmiechu na sali kinowej. Dobrze dobrani aktorzy, których gra wpisuje się w moje wyobrażenia z czasu, gdy czytałam książkę. Sceny seksu pokazane ze smakiem, zero wulgarności. Ja się pyta, gdzie to porno? Szacun dla marketingowców za podsycanie ciekawości, za trzymanie w napięciu. Szacun za to jak przeprowadzili całą akcję promocyjną filmu, za to, że regularnie “wyciekały” sceny seksu, które najbardziej nakręcały czytelników książki i nie tylko, podsycały ciekawość i sprawił, że na tydzień przed premierą ciężko było dostać bilety. Chyba, że na poranne seanse.

Written by Marta S.

Absolwentka Komunikacji Społecznej na Politechnice Śląskiej. Obecnie mama dwóch cudownych córek - Rozalki i Florki, oraz dwóch psiaków - Riko i Dosi. Uwielbiająca rolę Home Manager'a, pretendująca do miana Perfekcyjnej Pani Domu fanka książek historycznych i obyczajowych, a także niepoprawna romantyczka.