Od kilku dni internet zalewa fala postów pod wspólnym tytułem “moje 7 pierwszych prac” i oznaczonych hasztagiem “myfirst7jobs”. Na początku nie zwróciłam na to uwagi, jednak kiedy moim oczom ukazywał się po raz kolejny ten sam tytuł, postanowiłam dowiedzieć się o co chodzi. Trudne to nie było, po prostu każdy opisuje swoje 7 pierwszych prac. Pomyślałam więc, że ja też zrobię sobie takie podsumowanie. Bo dlaczego nie? A może jakieś wnioski wyciągnę?

7 pierwszych prac

Praca numer 1 – hostessa
To było na pierwszym i drugim roku studiów. W weekendy dorabiałam jako hostessa, czyli popularnie mówiąc – stałam na promocjach. Na tamten czas zarabiałam wcale nieźle, bo 12zł/h. Za weekend wyciągałam około 300 zł, co dla mnie było świetną kwotą. Mieszkałam z rodzicami, więc nie musiałam się o nic martwić i cała kasa była moja. Wiadomo, bywały miesiące gorsze i lepsze. Takie, gdzie miałam zajęte promocjami tylko dwa weekendy i takie, gdzie nie miałam dnia dla siebie. Wtedy też zobaczyłam jak wygląda praca w markecie, nie zazdroszczę. W pracy hostessy był jeden minus – była to praca stojąca. Mój kręgosłup cierpi do dzisiaj. Po 8 godzinach siedzenia na uczelni, czekało mnie kilka godzin stania z 15-minutową przerwą. To masakruje, serio.

Praca numer 2 – eventy
Dzięki mojemu ówczesnemu chłopakowi wkręciłam się do agencji promocyjnej, gdzie pracowałam jako animator gier kasynowych. Robiłam za krupierkę. To była naprawdę świetna przygoda. Poza tym, że zobaczyłam jak specyficznym i hermetycznym środowiskiem jest środowisko krupierskie, to nauczyłam się zasad gier hazardowych. Dzisiaj poker, black jack czy ruletka są dla mnie bez tajemnic. Dzięki eventom mogłam być wszędzie, pokazy w Zakopanem, Kołobrzegu, Wiśle, Katowicach, Kielcach, Zabrzu i wiele innych. W zasadzie mogłabym tak pracować, w sensie w kasynie, jednak nocnym Markiem nie jestem i to jedyny minus, o 23.00 to ja wolę spać jednak. Ale żetonami nadal lubię się bawić, to chyba wchodzi w krew.

Praca numer 3 – kelnerka
W zasadzie kelnerką byłam równocześnie z byciem krupierką. Po zajęciach na uczelni (3/4 rok) jechałam prosto do 3* hotelu, w którym pracowałam w te dni, w które nie miałam pokazów. Czasem jechałam tylko na 4 godziny, czasem na całą noc, ale dorobiłam. Tu poza stawką z godzinę miałam jeszcze napiwki, a goście hotelu to rzadko kiedy byli Polacy. Napiwki zapewniały mi spokój na cały tydzień zakupów. Rzeczy pierwszej potrzeby – spożywka, bilety, papierosy (tak, wtedy jeszcze paliłam), czasem jakieś piwo po zajęciach. Regularna wypłata kasy, która następowała po zakończeniu miesiąca szła na odłożenie i przyjemności.

Praca numer 4 – portal internetowy
Lokalny, początkujący, ale z aspiracjami. Zaczęłam od praktyk, później w mojej stopce widniało “Lider zespołu” oraz “Asystentka zarządu”. Że portal to był początkujący, to i nie zarobiłam zbyt wiele, jednak nauczyłam się wielu rzeczy. I to był niewątpliwy plus. Miałam dostęp do literatury, szkoleń, konferencji. Moimi zadaniami było rozdzielanie zadań na praktykantów, wstępna selekcja i rekrutacja nowych osób, wdrożenie ich w działanie portalu i sprawdzanie postępów ich prac. Oni raportowali do mnie, ja raportowałam do zarządu. To była jedna z tych prac, w których człowiek czuje się jak w domu, mimo iż wysysała energię to bardzo ją lubiłam.

Praca numer 5 – firma usługowa
Zajmująca się wynajmem ciężkiego sprzętu na budowy. Wiecie zwyżki, dźwigi, koparki. Kto ma jechać gdzie, ile paliwa pobrał i czemu aż tyle. Pracowałam z samymi facetami, było zabawnie, tylko zimno. Zaczęłam pracę zimą i okazało się, że ogrzewanie biura to legenda, na dworze -30, a w biurze +15. Dobrze, że chłopaki ratowali robiąc grilla, kiedy było trochę luźniej. To również nie była zła praca, ale okazało się, że nie była też przyszłościowa. Dziś mam kontakt z kilkoma osobami, żadna już tam nie pracuje.

Praca numer 6 – staż w kancelarii komorniczej
Praca marzeń! Naprawdę, to było coś, co sprawiało mi chyba najwięcej radości. Jasne godziny pracy, jasne obowiązki. Kiedy zastępowałam koleżankę i nauczyłam się pisać pisma oraz liczyć koszty spraw czułam się jak ryba w wodzie. Gdybym tylko miała okazję od razu przyjęłabym taką propozycję. Może jeszcze będzie mi dane taką mieć, kto wie. Praca w kancelarii komorniczej to jednak nie tylko cyferki, to również ludzkie historie, często smutne i pisane naiwnością. To praca, w której każdego dnia spotyka nas coś nowego.

Praca numer 7 – agencja SEO/SEM
To właśnie ta praca, którą podjęłam w grudniu a rzuciłam z końcem lipca. Myślałam, że taka praca to będzie coś dla mnie, a jednak nie do końca tak było. W pewnym momencie poczułam się przytłoczona i znudzona tym co robię. Wymyślaniem wpisów dla branż, które kompletnie nie są dla mnie interesujące – to męczy. Nijak się ma praca specjalisty do spraw social media, do prowadzenia własnego bloga i własnych kanałów społecznościowych. Nie ma porównania, coś swojego to rzecz, w którą wkłada się serce – bez dwóch zdań.

Gdzieś w międzyczasie miałam jeszcze przygodę z ubezpieczeniami, ale po miesiącu szkoleń doszłam do wniosku, że akwizycja – bo tak to nazwać trzeba – nie jest dla mnie. Więc nawet nie zaczęłam dobrze pracy jak już ją skończyłam. Żeby sprzedawać ubezpieczenia trzeba wciskać kit, trzeba umieć manipulować ludźmi, naciągać, wmawiać, że coś co nie jest potrzebne, jednak potrzebne jest. Dlatego tej “pracy” nie biorę pod uwagę.

Teraz wróciłam do pracy mamy, pani domu i żony. Po tych wszystkich przygodach, po poznaniu różnych mechanizmów, różnych ludzi wiem jedno – kolejnej pracy będę szukać bardzo starannie. Nie zadowolę się byle czym i nie pozwolę, by praca kolidowała z rodziną. Poświęcać się pracy całkowicie mogłam wtedy, gdy nie miałam męża i dziecka, teraz mam inne priorytety. Nie dla mnie praca, która wymaga zostania po godzinach lub taka, którą zaczyna się o 9.00 a kończy o 17.00. I chociaż niektóre matki tak pracują i jest im dobrze, to nie znaczy, że tak musi być każdej z nas. Tak po prawdzie to na dzień dzisiejszy pasowałaby mi praca na niepełny etat, ale o to też nie łatwo.

A Wy, macie już swoją pracę marzeń?

.

.

.

.

************************************************************************************************************
Jeśli spodobał Ci się ten wpis będzie mi niezmiernie miło, gdy zostawisz po sobie ślad
i udostępnisz go dalej.
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na facebook oraz instagram.

Written by Marta S.

Absolwentka Komunikacji Społecznej na Politechnice Śląskiej. Obecnie mama dwóch cudownych córek - Rozalki i Florki, oraz dwóch psiaków - Riko i Dosi. Uwielbiająca rolę Home Manager'a, pretendująca do miana Perfekcyjnej Pani Domu fanka książek historycznych i obyczajowych, a także niepoprawna romantyczka.