Bo od dziecka trzeba budować zainteresowanie do pewnych rzeczy. W naszym przypadku chodzi o tytuł “inżynier”. I nie to, żebyśmy jakieś ambicje swoje spełniali, o nie, nie, absolutnie.

My po prostu taka trochę inżynierska rodzina. No dobra, mam nadzieję, że ironię wyczuwacie. Co prawda siostra moja jest inżynierem konkretnym, za to mój inżynierski tytuł zawsze wzbudza wesołość. Oczywiście mnie to nie dziwi wcale a wcale. Owszem, skończyłam Politechnikę, ale na kierunku Zarządzanie kardami i komunikacja społeczna. Tytuł inżyniera mam, bo w czasie studiów nasz kierunek miał do zaliczenia blok przedmiotów typowo inżynierskich. Zaliczyłam więc fizykę, mechanikę, materiałoznawstwo, budowę maszyn i kilka innych typowych przedmiotów. Takim właśnie sposobem zostałam inżynierem od komunikacji społecznej. Zabawne, prawda?

W każdym razie zaszczepiając w Róźce gen inżyniera zabraliśmy ją w sobotę na wycieczkę. Ale nie była to zwykła wycieczka, była to wycieczka do elektrowni. Mamy ją po sąsiedzku, więc skorzystaliśmy z okazji. Rozalka ucieszyła się, że może iść do dziadka do pracy.

Na takiej wycieczce musieliśmy pamiętać o kilku rzeczach. Przede wszystkim takie zwiedzanie to dość długa trasa i wiedziałam, że mała nie da rady. Po drugie zabranie wózka nie wchodzi w grę, bo na poziom trzeciego piętra nie będzie go nikt nosił, a u celu średnio ciekawie się nim poruszać. Jednak elektrownia to nie centrum handlowe. Zdecydowałam więc, że zabierzemy mei-tai. To była zdecydowanie najlepsza opcja. Rozalka oglądała wszystko z moich pleców, a ja wiedziałam, że nic jej tam nie grozi. Chociaż zauważyłam, że noszenie dziecka wciąż jest nieco dziwne. Kiedy pakowałam ją na plecy reszta osób oczekujących na wejście nie spuszczała nas z oczu (wiem, cena sławy). Przyodziane w odblaskową kamizelkę i kask na mej głowie ruszyłyśmy oglądać hektary.

Szczegółami zanudzać was nie będę. Po krótce powiem, że obejrzeliśmy chłodnie przygotowane do wyburzania, nastawnie, maszynownie, zajrzeliśmy do pieca. Zajrzeliśmy na stare bloki energetyczne, częściowo już wyłączone z pracy (niebawem zacznie się budowa nowego bloku i powoli wszystko jest przygotowywane). Odwiedziliśmy też miejsce pracy dziadka, gdzie Ru mogła swoje fizjologiczne potrzeby załatwić. Później poszliśmy na nowy blok, tam też obejrzeliśmy wszystko co mogliśmy obejrzeć. Całość wycieczki trwała około 1,5 godziny. No, a że w elektrowni zasadniczo nie można zdjęć robić to strzeliłyśmy sobie kilka fotek, gdzie najważniejsze jesteśmy MY.

Written by Marta S.

Absolwentka Komunikacji Społecznej na Politechnice Śląskiej. Obecnie mama dwóch cudownych córek - Rozalki i Florki, oraz dwóch psiaków - Riko i Dosi. Uwielbiająca rolę Home Manager'a, pretendująca do miana Perfekcyjnej Pani Domu fanka książek historycznych i obyczajowych, a także niepoprawna romantyczka.