Listopad to zdecydowanie jeden z najmniej lubianych przeze mnie miesięcy. Dlatego cieszę się, że minął tak szybko. I że był dość łaskawy w aurze. Poza tym z końcem listopada jesteśmy już o kilka kroków bliżej mojej ukochanej wiosny.

Listopad i ja

W zasadzie to nie wiem od czego zacząć. Przez złamaną kostkę Małżona miałam niewiele wolnego czasu (czytaj – czasu dla siebie, tylko dla siebie i własnych myśli). Między jedną a drugą wizytą u lekarza, między zawiezieniem a odebraniem Ru z przedszkola tyle się działo, że czas uciekał przez palce. Większość postów pisałam na szybko, wiedząc, że gdzieś tam czeka na mnie łóżko i ulubiona poduszka. Teoretycznie mogłam wrzucić na luz, odpuścić, publikować mniej. Jednak zauważyłam, że przerwa powoduje wybicie z rytmu i poczucie, że czegoś brakuje, coś umyka. W listopadzie byłam nie tylko mamą, ale też szoferem, pielęgniarką i psychoterapeutką kiedy Małżon wkurzał się na złamanie. Listopad zasadniczo przyniósł zmiany. Ja zaczęłam pracę, a Rozalka w przedszkolu jest wcześniej o godzinę, i dłużej też o godzinę. Bałam się tej zmiany, dla 2,5-latki dwie godziny to długo, ale daje radę znakomicie.
Byliśmy też na weselu, niektórzy znajomi dziwią się, że w listopadzie. Ja na początku też byłam zdziwiona, że taki miesiąc wybrali, ale jak się okazało zabawa była świetna. Wytańczyłam się z Ru, bo z Małżem nie mogłam, wiadomo czemu.

listopad3

Listopad i Ru

U Ru jak zwykle dzieje się sporo. Wspominane wcześniej przedszkole to temat numer jeden. Przez kilka dni budziłam ją coraz wcześniej i wcześniej, ponieważ finalnie jeździ na 8.00. O tej porze (lub później) zazwyczaj się budziła, bywało, że jeżdżąc na 9.00 potrafiłyśmy zaspać. Bywa ciężko z pobudkami, ale chwilowo nic nie poradzę. A są dzieci, które mają gorzej i muszą wstawać jeszcze wcześniej. Za to spędzanie czasu w przedszkolu do 15.00 nie wpływa na nią znacząco. Kiedy ją odbieram jest zadowolona i swoim marsjańskim próbuje opowiadać mi co się wydarzyło w ciągu dnia. W domu pierwsze pół godziny spędzamy na tuleniu, a resztę dnia na zabawie.

listopad2

Listopad to również czas wesoły (mimo, iż go nie lubię, listopada). Na weselu szwagra Rozala była na parkiecie praktycznie cały czas, chyba, że podawano jedzenie. Za to standardowo z kościoła musiałam ją wziąć po 20 minutach. Nudziło jej się, to nie jest typ siedzący w miejscu. Drugą połowę mszy spędziłyśmy w samochodzie grając w łapki i oglądając Peppę. Podczas samego wesela natomiast, byłam z niej bardzo dumna. Jako jedyne dziecko poniżej 5 lat jadła samodzielnie i nie ubrudziła się przy tym. Jako jedyne z tak małych dzieci nie miała przy sobie butelki ze smoczkiem(!), a drugie danie zjadła nożem i widelcem. Wiedziała też, że nie może jeść czekolady (szukam tego od czego ma wysypkę na brzuszku), więc do fontanny się nie zbliżała, a ciasto zjadała tylko to z galaretką. Natomiast kiedy szła tańczyć to ustawiała pod siebie babcie i ciocie, ale na opis wesela poświęcę któryś z kolejnych wpisów. Aha, i nie pytajcie co ma na policzku, bo sama nie wiem, ona też nie wie.

listopad4

Za to największym naszym, Rozalki sukcesem jest całkowite pozbycie się pieluchy! Tak, tak, tak! Od dwóch tygodni nie zakładamy jej na noc, były może dwie wpadki nad ranem, ale na to jestem przygotowana. Pewnie nadal spałaby w pieluchach, ale wysypka mnie na tyle martwiła, że pomyślałam – hmmm, może nagle pieluchy ją uczuliły? Ale nie.

Wysypka nam się przewija, więc wypadałoby o niej co nie co. Od trzech tygodni brzuch Rurki wygląda dziwnie, najpierw kilka czerwonych plamek, za dwa dni cały brzuch i plecki. Do tego kupy o zapachu takim, że można traktować jako broń biologiczną. Pediatra na NFZ – czekać aż zejdzie, nic nie robić, wapna nie dawać, nie smarować, nie kąpać. Pediatra na własną kasę – wapno koniecznie i szukamy przyczyny. Odstawiłam jej gorzką czekoladę, fakt, trochę pofolgowaliśmy w temacie ostatnio, ale wysypka jak była tak jest. Ba, nawet większa, zmieniała się w brzydkie, suche placki. Zastanawiałam się co to być może, przeanalizowałam menu w przedszkolu i wydedukowałam, że może mleko. Bo mleka młoda nie pija, mlecznych zup nie je, budyniu w życiu w ustach nie miała. Poprosiłam, żeby nie jadła mleka na śniadanie – zaczęło schodzić już po trzech dniach. Dowiedziałam się też od mojej mamy, że ze mną było podobnie. Mogłam jeść jogurty, sery, wszelkie mleczne przetwory, ale czystego mleka już nie. Chyba, że raz w miesiącu od święta. Ale mimo odstawienia mleka wczoraj wysypka znów się nasiliła. Wieczorem wybieram się po raz kolejny do lekarza.

Listopad i blog

No tu zdecydowanie jest co poczytać. Bo wspominałam i o naszej nauce samodzielnego jedzenia, i o tym czym jeść. I zachęcałam was do bliższego zapoznania się z akcją #kochamZapinam. Nawet dałam się złapać na post prezentowy i testowy. Były również dwa posty teatralne. Jeden o moich spostrzeżeniach, drugi z recenzją i wywiadem. Po raz drugi wzięłam udział w wyzwaniu blogowym, w ramach którego powstały trzy wpisy: 7 faktów o mnie, kobiecy relaks i kategoria bloga. Myślę, że warto je przeczytać. We wpisie poświęconym piosenkom chyba też dałam się bliżej poznać. Zresztą co ja będę mówić, wskoczcie na główną stronę i sami zobaczcie to co was zaciekawi. Bo przed nami już grudzień, ostatni miesiąc roku. Będę się rozliczać z postanowień na ten rok, ale to dopiero za miesiąc.

Written by Marta S.

Absolwentka Komunikacji Społecznej na Politechnice Śląskiej. Obecnie mama dwóch cudownych córek - Rozalki i Florki, oraz dwóch psiaków - Riko i Dosi. Uwielbiająca rolę Home Manager'a, pretendująca do miana Perfekcyjnej Pani Domu fanka książek historycznych i obyczajowych, a także niepoprawna romantyczka.