Luty to taki dziwny miesiąc, ledwo się zaczyna, a już się kończy. Ale luty też jest dla mnie miesiącem kiedy wychodzę z zimowej deprechy (bo ja nie lubię zimy i śniegu). Luty to też znak, że za moment będzie wiosna, będzie zielono, ptaki będą coraz głośniejsze, a na podwórku będziemy spędzać 3/4 dnia. A co u nas przyniósł luty?
Luty przyniósł zmiany. Powoli zaczęły się realizować w sposób widoczny moje noworoczne postanowienia. Choćby to o przeniesieniu bloga na własną domenę. Nawet nie wiecie jak mnie to cieszy. Jestem na swoim, jestem niezależna od żadnego serwisu. To mi się podoba. Sprawy blogowe też ruszają powoli do przodu. Posty z ilości 2-3 w tygodniu wzrosły do pisania codziennie (wolne mam tylko weekendy). Widzę, że wiele osób wchodzi tu więcej niż jeden raz – to cieszy. Bardzo Wam dziękuję, za to, że jesteście i że czytacie. Mam nadzieję, że i moje wpisy będą coraz lepsze i ciekawsze. Prawie dwa lata w domu, z dzieckiem dały o sobie znać i jeszcze niedawno złapałam się na tym, że brakuje mi słów. Blog pomaga mi nie zgłupieć do reszty (chociaż podobno to stało się już dawno, dawno temu)
Druga sprawa to Rozalia. W lutym zrobiła niewiarygodne postępy w różnych dziedzinach dorastania. Zasób jej słów (który zamykał się w mama, tata, baba i dada) zaczyna ewoluować. Pojawiają się pierwsze wyrazy dźwiękonaśladowcze (hau hau na psa, i aaaaaa na kota). Na porządku dziennym mamy też niewyraźne pierwsze słowa “mu” – mój, “daamm” – daj, “si”- si ma wiele znaczeń. “Si” i usta w dzióbek oznaczają chęć na coś do picia, a “si” i złapanie się za pieluchę oznacza chęć zrobienia jedynki. I tu zbliżamy się do poczynań toaletowych, które czynione są z mniejszą lub większą radością i chęcią. W zależności od dnia i humoru mamy pieluchę suchą i czystą, albo mokrą i brudną. Na poczet plusów zaliczamy też większą samodzielność, zwłaszcza w kwestii ubierania się. Buty, szalik, czapka i rękawiczki – bez mojej pomocy, pomagam jedynie przy kurtce (ktoś musi ją trzymać i zasuwać). Sama też zejdzie z niskich schodów i wejdzie ponownie. O smodzielności w jedzeniu nie wspomnę. Dni kiedy trzeba zmieniać bluzkę zdarzają się rzadziej niż raz w tygodniu. I nauczyła się sama obierać mandarynki (na papierowy ręcznik, żeby łatwiej skórki dotransportować do kosza). No i oczywiście taniec! Moja duma największa. Rozalia potrafi bezbłędnie zatańczyć już 4 piosenki – Kaczuszki, Boogie Woogie, Krasnoludki i Jagódki (te z kanału MiniMini, gdzie w teledyskach tańczą dzieci). Dziecko rozwija mi się przecudownie. Uwielbiam patrzeć na to jak zdobywa kolejne umiejętności dlatego, że chce, a nie dlatego, że ktoś uczy ją na siłę.
Wiecie, kiedy tak czytam to co napisałam powyżej to mam jeszcze więcej motywacji. Jeszcze więcej chęci do działania. Mam nadzieję, że w ostatnich dniach marca również będę tak optymistyczna. Oraz, że podzielę się z wami kolejnymi małymi sukcesami.

Written by Marta S.

  • Aga

    najlepiej :) zapomialas napisac o lelum 😉 😉

    • Silje

      Faktycznie :) Lelum to juz rytuał 😉