Historia nie będzie długa, ani bardzo skomplikowana. Męskie hobby, bo o nim nowa, to temat, który chodził mi po głowie jakiś czas. I ten czas pozwolił mi spojrzeć na nie z różnych stron. Oczywiście, gdyby nie Małżon to tematu by nie było, ale niech i on stanie się moją inspiracją.

W przypadku Małżona sytuacja wyglądała zasadniczo nudno. Wrócić z pracy, włączyć tv, jakiś film, coś w necie, może jakaś gra, wojna, strzelanka. Czasem denerwowało mnie to, że siedzi w słuchawkach i nie słyszy, że rozmawiając z innymi graczami drze się jak opętany. No cóż, w końcu był w świecie wirtualnej wojny. Do czasu, aż po raz pierwszy w życiu pojechał na PAINTBALL.

Męskie hobby

Paintball to bez wątpienia męskie hobby. Bieganie po lesie, błocie, w deszczu, strzelanie, no mnie to średnio przekonuje. Ze sportów walki zdecydowanie wolę zakupy (ale nie aż takie jak w Lidlu, gdy rzucą Wittchen, o nie). Ale skoro mój szanowny ślubny pojechał raz, wrócił w euforii, zadowolony. Do tego przez pół wieczoru z przejęciem i ekscytacją opowiadał mi co i jak. Wiecie, scenariusze, flagi, obrona, atak, krycie, “pińcet” kulek! Znacie to? Niektórzy faceci mają tak podczas oglądania piłki nożnej. Wygląda to podobnie.

Po takim pełnym wrażeń dniu Małżon przepadł. Jak tylko wrócił do domu słuchałam o grze, o markerach, maskach, polach, zawodach. Stał się monotematyczny, a ja wpuszczałam jednym uchem, a wypuszczałam drugim. Ile razy można słuchać tej samej historii (chyba tyle razy ile jednej piosenki, pod warunkiem, że się ją lubi). Ale on nie przestawał. Umówili się z kolegami drugi raz, wiedziałam już, że nawet nie mam co pytać o której wróci. Jak wróci to będzie. I wiedziałam też, że czeka mnie wieczór opowieści z pola gry.

Jak dziecko

Inaczej nie można nazwać radości jaką dała mu gra w paintballa. Wracał i opowiadał tak emocjonalnie jak o niczym innym (no poza Ru, o niej też zawsze emocjonalnie mówi). Siedział i mówił, że byłoby super grać w jakiejś lidze, na zawody jeździć, drużynę stałą jakąś zebrać. Że tyle lat nie miał okazji spróbować tej gry i żałuje, bo w końcu znalazło się coś co relaksuje go totalnie. Coś, co tak naprawdę jest odpoczynkiem, coś co dodaje mu energii. Do mnie dotarło, że przecież to nic złego, że znalazł sobie hobby. Że jest coś, co chce robić z radością. W końcu mógłby chodzić po barach i pić na umór, mógłby robić dużo gorszych rzeczy. A wybrał coś zupełnie innego.

Zbroi się

Nadszedł dzień, kiedy jego gadanie o własnym markerze i masce się urzeczywistniło. Wpadł do domu, z uśmiechem od ucha do ucha (bo szerzej się nie da) i rozpoczął prezentację broni. Znów się nasłuchałam wielu słów, nazw i zwrotów, których nie rozumiem. Ale oprócz tego widziałam jego radość z nowej zabawki. Tak samo wyglądał kiedy urodziła się Rurka, więc wiedziałam już, że to nie będzie zainteresowanie na chwilę, tylko coś co rzeczywiście go wciągnęło. Na kolejną grę pojechał już z własnym markerem, własną maską i zapasem kulek. Nie minęło dużo czasu, może kilka dni, może tydzień, a on znów wpadł do domu obładowany jak pociągowy koń. Nie wytrzymał. Pojechał do sklepu i kupił resztę rzeczy. Kombinezon, pas, tuby na amunicję. Czołgał się później po pokoju mówiąc, że ćwiczy skradanie. Bezcenna była jego radość. A nie było to dawno, raptem tydzień temu.

Marzenia vs. rzeczywistość

W niedzielę pojechał zaraz po 9.00 do Żor. Wynalazł gdzieś dzień wolnej gry, więc postanowił przetestować swoje wyposażenie. Wraz z Ru w tym czasie miałyśmy zaplanowane inne bieganie po lesie (ale o tym niebawem), więc spodziewałyśmy się, że z tatą spotkamy się dopiero na kolacji. Kiedy około godziny 16 wróciłyśmy do domu, lekko się zdziwiłam widząc samochód Małżona na podwórku. Weszłam do przedpokoju, wołam, cisza. Wchodzę dalej, leży na kanapie, noga w kostce owinięta mokrym ręcznikiem, na twarzy pełna bólu mina. Kostka spuchnięta, mówi, że poślizgnął się na jakiejś desce, upadł i ledwo się zwlekł z pola. Ale, że ja nie znam się na takich sprawach poprosiłam Młodszą, żeby pojechała z nim na SOR, lepiej sprawdzić co to się stało. Zwłaszcza, że boli cały czas. Diagnoza okazała się nieciekawa – złamana kostka. Oznaczająca tyle, że najbliższe 6 tygodni spędzi z nogą do kolana w gipsie, a później czeka go rehabilitacja. Ale jeśli myślicie, że po tym incydencie usłyszałam “nigdy nie pojadę grać” to się mylicie. Od razu zapowiedział, że na wiosnę ma zamiar rozpocząć sezon w całości. A to oznacza, że paintball naprawdę stał się dla niego ważny.

A jak wygląda sprawa z hobby u Waszych mężów/partnerów?

Written by Marta S.

Absolwentka Komunikacji Społecznej na Politechnice Śląskiej. Obecnie mama dwóch cudownych córek - Rozalki i Florki, oraz dwóch psiaków - Riko i Dosi. Uwielbiająca rolę Home Manager'a, pretendująca do miana Perfekcyjnej Pani Domu fanka książek historycznych i obyczajowych, a także niepoprawna romantyczka.