Pewnego październikowego dnia, gdy Małżon oddawał się swojemu hobby, my z Rozalią postanowiłyśmy zapoznać się z Vivaldim. Vivaldi jaki jest każdy wie, każdy zna, ale w tej odsłonie poznałam go na nowo.

Teatr Dzieci Zagłębia działa w naszym mieście chyba od zawsze. Szkoda tylko, że ja nie poznałam go bliżej będąc dzieckiem. Kilka wyjazdów ze szkoły, może i jako przedszkolak byłam. Nie pamiętam już. Czy z rodzicami jeździłam? Nie wydaje mi się, nie przypominają mi się częste wizyty, więc pewnie ich nie było. Ale przeszłości roztrząsać nie będę, skupię się na tym co teraz i tu.

Pewnego październikowego dnia przeglądałam znany portal społecznościowy. Mój wzrok przykuł post, zastanawiałam się nad nim tyle ile zajmuje wybranie numeru telefonu. Czyli jakieś 10 sekund. Zarezerwowałam bilety dla Ru i dla siebie, podekscytowana przez cały tydzień opowiadałam małej gdzie pójdziemy i co tam będzie się działo. A działo się, oj działo.

Spotkanie z Vivaldim

Spektakl “Hopla! Jesień, zima, wiosna!” był dla nas pierwszym spotkaniem z teatrem, ze Sztuką! Bałam się reakcji Rozalki na to co będzie się działo, bałam się tego, czy damy radę obejrzeć całość czy po 15 minutach będzie chciała iść do domu. Zwłaszcza, że jako niemowlę Vivaldi jej nie pasował, ojj nie. Wolała jednak rodzime rapowe klimaty. Na pierwsze takty klasyki w naszym domu rozbrzmiewał ryk ogromny, głośniejszy niż najgłośniejsze trąby czy puzony. Więc odpuściłam, a podobno klasyka wycisza, chyba nie Rurkę. Ale, jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy rodzona pierworodna córka moja cały spektakl przesiedziała spokojnie, zainteresowana, zaciekawiona. I co najlepsze, powtarzająca z innymi dziećmi Vi-Val-Di, a ona gadać podobno nie potrafi (ściemnia leniuch mały i tyle).

Ale o co chodzi z tym Vivaldim?

Ano o to, że “Hopla! Jesień, zima, wiosna” to spektakl przygotowany z myślą o najmłodszych widzach, w sposób mający przybliżyć im pory roku. Główny bohater to mały chłopiec o imieniu No. No po raz pierwszy wyrusza na wyprawę, podczas której poznaje pory roku i ich towarzyszy, w podróży tej towarzyszą mu Vi, Val i Di. Mały No świetnie bawi się ze swoją przyjaciółką gąsienicą, cieszą go kolorowe wszędobylskie motyle, jak się okazuje zależne od naszego bohatera. Pojawia się przerażający nieco pająk, wielkie ptaszyska, ale też całkiem sympatyczne ważki. Wszystko to jest dla No nowością, i jak to dziecko trochę się boi, ale jest również bardzo ciekawy. Poznawanie okoliczności przyrody odbywa się w akompaniamencie krótkich fragmentów “Czterech pór roku”. Wszystkie robaczki, ważki, motylki i inne stworzenia wykonują cudowny taniec wśród nut Antonia (swoją drogą, facet dobrze te nuty sobie poukładał). Spójności kompozycji dodaje oświetlenie, które nie jest przypadkowe. Odpowiednie kolory przybliżają nam kolejne pory roku, charakteryzują je. Łączą się z obrazem i dźwiękiem w spójną całość, która przykuwa wzrok i słuch. Dzieciaki wraz z No poznają kolejno wszystkie pory roku, a to wszystko podane w przyjemny i prosty sposób.

Czy to nie za wcześnie?

Na muzykę nigdy nie jest za wcześnie, a na teatr? Mimo początkowych obaw, które okazały się bezpodstawne, zadowolona jestem bardzo z tego, że spektakl obejrzałyśmy. Na pewno dużym plusem była forma przedstawienia. Babyscena polega na tym, że zamiast siedzieć na widowni dzieciaki siedzą na scenie, pośrodku której toczy się cała akcja. Otoczenie rozpraszające jest więc zredukowane do minimum. Dzieci siedzą blisko i wchodzą w interakcję z aktorami. Wszystko dokładnie widzą i słyszą. Z racji tego, iż scena i dzieci tworzą całość głośność muzyki nie przytłacza maluchów.

Written by Marta S.

Absolwentka Komunikacji Społecznej na Politechnice Śląskiej. Obecnie mama dwóch cudownych córek - Rozalki i Florki, oraz dwóch psiaków - Riko i Dosi. Uwielbiająca rolę Home Manager'a, pretendująca do miana Perfekcyjnej Pani Domu fanka książek historycznych i obyczajowych, a także niepoprawna romantyczka.