…gór nie lubię zwłaszcza w sezonie? Bo w sezonie jest najgorzej, z wielu różnych powodów. Ten wyjazd przypomniał mi dlaczego wyjeżdżając gdzieś tak często się denerwuję. W zasadzie to sami schrzaniliśmy sprawę.

Naprawdę nie lubię gór?

Wybraliśmy spokojną miejscowość – Kościelisko. I faktycznie, cisza, spokój, widok na Giewont (z łazienki, ale był). Idealna baza wypadowa, blisko do Doliny Kościeliskiej i do Doliny Chochołowskiej. I to by był koniec plusów, z naszej tylko winy. Nie przemyśleliśmy sprawy do końca. Trzeba było wybrać zamiast pensjonatu jakiś hotel lub miejsce gdzie chociaż mała piaskownica i huśtawka się znajdzie. W naszym pensjonacie nie było żadnej atrakcji dla Rozalki, więc po obiadokolacji (o 18.00) mała zwyczajnie się nudziła. O tej porze dalekie spacery nie wchodziły już w grę. Do tego mieliśmy niewygodne łóżko i wstawaliśmy zmęczeni, wszyscy troje. Cóż, teraz wiemy jakie oferty omijać i mamy nauczkę na przyszłość.

Poza tym wyjazd był bardzo udany. Wpadliśmy na chwilę do Zakopanego, chwila na Krupówkach (nie polecam nikomu, chyba, że za karę), dłuższy spacer pod skoczniami, i największa atrakcja dla Ru – plac zabaw. Mimo tego, że był pełen dzieciaków mała bawiła się tam bardzo dobrze. Ogrodzony, zadbany, przystosowany dla małych dzieci, a do tego z widokiem na Giewont (tam chyba wszędzie widać Giewont).

Drugiego dnia chcieliśmy pojeździć na rowerach, ale było zbyt chłodno i po godzinie wróciliśmy do pensjonatu zamienić rowery na wózek. Naszym celem stała się Dolina Kościeliska (5 zł za wejście). Całkiem przyjemne miejsce na spacer z dzieckiem. Rozalka dość szybko zmieniła wózek na własne nogi i biegała, skakała, sprawdzała prawie każdy kamień. Widoki w Dolinie były średnie, mocne wiatry jakie tam wiały poniszczyły wiele drzew. Na zboczach zamiast pięknych lasów stały połamane kikuty. Jednak mimo to warto było pospacerować po Dolinie Kościeliskiej. Ze względu na Rozalkę nie przeszliśmy całej, może kiedyś, za 10 lat.

W poniedziałek za cel postawiliśmy sobie Dolinę Chochołowską (5 zł za wejście). Tym razem pojechaliśmy rowerami. Było dużo cieplej niż dzień wcześniej, a do tej doliny akurat rowery wpuszczają, więc wykorzystaliśmy okazję. Do pewnego momentu jechało się wybornie – po asfalcie. Później zaczęły się trudności. Nierówny szlak, źle się jechało, strome podejścia (jak dla mnie) więc Ru musiała iść na nogach a my prowadziliśmy rowery. Po moim tysięcznym “mam dość, dalej nie idę, wracam do domu, po co nam w ogóle te rowery” dotarliśmy na Polanę Chochołowską, gdzie nareszcie mogłam położyć się i leżeć. Leżeć i podziwiać widoki. Widoki to zdecydowanie najlepsza rzecz w górach. To co można zobaczyć na odpowiedniej wysokości zdecydowanie wynagradza trudy wspinaczki.

Wracając do tytułu tego wpisu, to nie jest tak, że nie lubię gór. Bo lubię, co prawda tylko wiosną i latem, ale lubię. Nie lubię natomiast ludzi, którzy często jadą gdzieś tylko dlatego, że jest modne, że akurat na topie. Na szlaku mnóstwo śmieci, papierki, butelki, pety rzucane gdzie popadnie. Jednym słowem – wstyd! Wciąż wielu z nas nie potrafi zachować się na terenie Parku Narodowego. Wielu z nas nie potrafi też czytać. Przy wejściu do obu dolin jest kilka tabliczek z informacjami, na przykład o tym, którą stroną odbywa się ruch pieszych. Jest to szczególnie ważne w Dolinie Chochołowskiej, gdzie poza pieszymi mamy konie i kolejkę, a również  uprzywilejowane samochody i rowery. Wielu z nas zachowuje się jak wypuszczone z klatki, jakby pierwszy raz na wolności (może to wpływ górskiego powietrza). W każdym razie wiem, że kolejny raz gdy wpadniemy na pomysł wyjazdu gdziekolwiek, zrobimy to na pewno poza sezonem, dla własnego spokoju.

Written by Marta S.

Absolwentka Komunikacji Społecznej na Politechnice Śląskiej. Obecnie mama dwóch cudownych córek - Rozalki i Florki, oraz dwóch psiaków - Riko i Dosi. Uwielbiająca rolę Home Manager'a, pretendująca do miana Perfekcyjnej Pani Domu fanka książek historycznych i obyczajowych, a także niepoprawna romantyczka.