Dzień w którym rodzi się dziecko zmienia diametralnie poglądy na pewne sprawy. Czy tego chcemy czy nie. Nawet jeśli któraś z was twierdzi, że macierzyństwo jej nie zmieniło, to ja w to nie uwierzę. Każdą z nas zmienia, każdą w innym stopniu. Jedne wariują zupełnie na punkcie dzieci, inne przechodzą to łagodniej.

Kiedy zaszłam w ciążę też twierdziłam, że jedyne co się zmieni to fakt pojawienia się małej istotki. Logiczne, prawda? Ale w życiu nie sądziłam, że poglądy na pewne sprawy czy rzeczy, które były mało istotne, nagle staną się równe rangą najpoważniejszym problemom w skali świata. Co zmieniło się u mnie?

10 rzeczy, które zmieniło we mnie macierzyństwo

1. Papierosy i alkohol
Nie żebym należała do tych imprezowych dziewczyn, co się w trupa zalewają. Ale dobre wino, likier, moje ukochane mojito, gdy nadarzy się okazja, czemu nie. Ale od trzech lat (bo 27.09.2012 zaszłam w ciążę) najbardziej alkoholowym napojem jest cola. Co prawda razy czy dwa spróbowałam likieru czy wina, ale ledwo dałam radę wlać w siebie jeden kieliszek. Gdzieś w połowie mój żołądek reagował bólem broniąc się przed procentami. Nie narzekam z tego powodu. Natomiast papierosy śniły mi się po nocach. Marzyła o tym, żeby zapalić. Z utęsknieniem czekałam na moment, kiedy przestanę karmić i w końcu pójdę na “dymka”. EKHM! Kiedy już mogłam, po jednym buchu poszłam się kąpać, myć włosy i prać ubrania jakie miałam na sobie. Mimo to, jeszcze przez pół dnia (i dwie kąpiele później) nadal miałam wrażenie, że śmierdzę. Fajek też mi nie brakuje.

2. Cierpliwość
Przeskok od używek do cierpliwości musi być. Bez wątpienia ją nabyłam. Kiedyś o wiele łatwiej było wyprowadzić mnie z równowagi. Wystarczyło słowo, zły ruch czy choćby mrugnięcie okiem. Teraz jest inaczej, teraz potrzeba naprawdę sporo. Musi się uzbierać. Chociaż mam wrażenie, że gdyby nie Małżon byłabym oazą spokoju. Ona ma taki wybitny talent do grania na nerwach.

3. Pedantyzm
Oj, bałagan zaczął mi bardzo, ale to bardzo przeszkadzać. Odkurzacz pracuje codziennie, kurze co dwa dni. Wszystko musi być zrobione od ręki, odłożone na miejsce, swoje własne. Nawet zabawki Rurki. Nie ma czasu na tracenie go bez sensu. Rozala się uczy, bywa, że Małżona upomni, bo on na wiedzę oporny (stary model, nie ma do niego aktualizacji). I bywają dni, gdy mam wrażenie, że to wszystko jest tylko walką z wiatrakami dążę do tego, aby Małżon i Rurka w końcu osiągnęli taki sam stan umysłu jak ja. W kwestii porządku oczywiście.

4. Planowanie
Nie ma czasu na totalny spontan. Wszystko musi być zaplanowane, zanotowane, odhaczone. Przy małym dziecku inaczej się nie da, przynajmniej przy naszym. A i mnie ułatwia to życie i pomaga wyrwać krótkie chwile dla siebie. Planowanie stało się ważne, gdy okazało się, że królewna drzemkę to utnie sobie, owszem, ale tylko w swoim łóżku i idealnej ciszy. Więc wszystkie spacery czy wizyty gości musiały być ściśle wpisane w nasz harmonogram dnia.

5. Odżywianie
Nie żebym od raz korbę miała. Ale ograniczyliśmy sól na poczet ziół. Zwracamy uwagę na to co kupujemy, czytamy skład i wybieramy najlepszy jaki możemy. Sama forma gotowania także uległa zmianie. Zupa to nie jest już woda, kostka i koncentrat. Same kostki (przez niektórych uważane za całe zło świata) zamieniłam na kostki organiczne, bez wzmacniaczy i konserwantów. Staram się nauczyć Rozalkę, że warto wybierać owoce, a od Kinder jaja pupa rośnie. Mała nigdy nie miała w ustach jogurtu czy serka innego niż naturalny. Nie ma Danonków, Monte czy innych Kinderków. Oczywiście czasem zje gorzką czekoladę, ale rzadko.

6. Zakupy
Oj zmieniły się, i nie mam tu na myśli wcale tego, że musiałam kupować mleko i pieluchy. Zmieniło się głównie podejście do nich. Nauczyłam się robić precyzyjna listę zakupów i trzymać się jej. Nie ma już miejsca na zbędne rzeczy. Dlatego mogę sobie pozwolić na produkty lepszej jakości nie odczuwając tego w portfelu.

7. Uczucia
Zdecydowanie stałam się wrażliwsza. Zdecydowanie po porodzie zrozumiałam co znaczy miłość bezwarunkowa i jak wyświechtanym frazesem jest nastoletnie “kocham Cię najbardziej na świecie i żyć bez Ciebie nie mogę”. Dopiero teraz rozumiem co znaczy miłość prawdziwa i bezgraniczna. I wierzcie mi, to co czujecie do własnego partnera to jeszcze nie to. Jeszcze trochę brakuje.

8. Wielozadaniowość
Do tej pory wydawało mi się, że mam za mało czasu, że doba jest za krótka. Przy Rozalce okazało się, że jednak da się upchnąć dwa razy więcej zadań w ciągu dnia. Czas na zabawę, zabawę, zabawę, obowiązki domowe i około-domowe, obowiązki małżeńskie i około-małżeńskie, czy mówiłam już o zabawie? Czasem wszystko to odbywa się kosztem snu, ale wierzę w to, że kiedyś się odeśpię za wszystkie czasy.

9. Niezniszczalność
Na pewno to znacie. Dzięki tej cesze matka jest jak zegar – nie je, nie pije, a chodzi i żyje. Kawa w locie, często już zimna, obiad się zjada podczas gotowania, kładzie się matka do łóżka, ale zanim sobie przypomni, że kolacji nie jadła to już śpi. Nawet chora mama musi być na chodzie (w przeciwieństwie do taty, który umiera na katar, a 38st to już koniec świata). Mamy są niezniszczalne, co by nie mówić. Zawsze mają siłę dla swoich dzieci.

10. Przewartościowanie świata
Ostatnie, ale łączące w sobie wszystko – przewartościowanie. Nagle stajemy się lwicami gotowymi bronić swojego stada pazurami, zębami i kuchennym tasakiem. Stajemy się mamą i nagle okazuje się, że wcale nie jest dla nas ważne co napisano na pudelku, ani jakie talent show obecnie są popularne. Szołbiznes staje się dla nas czymś co w życiu naszym osobistym nie ma znaczenia. Wyżej stawiamy sprawy i tematy bezpośrednio dotyczące nas i naszych rodzin. Na pierwszym miejscu stawiamy rodzinę, nie rozrywkę, nie hobby, ale rodzinę przez wielkie R.

A jak to było u was? Zmieniło się więcej czy mniej?

Written by Marta S.

  • U mnie bardzo podobnie, poza papierosami, kiedyś paliłam jako nastolatka ale szybko rzuciłam, teraz jestem ich największym wrogiem.

  • Cierpliwośc.. jejj jak mi jej brakuje. Zawsze mi jej brakowało ale niestety od kiedy jestem mamą, jest jej jeszcze mniej. Może dlatego, że do ogarnięcia jest tyyyyle spraw, i nie ma rąk do pomocy? Nie chcę się tłumaczyć bo wiem, że muszę nad tym popracować 😉

  • Zwykła Matka

    Wielozoadaniowość to chyba domena matki :) Bałagan? Owszem przedszkadza mi jeśli przyklejam się do podłogi, lustro w łazience jest tak ochlapane, że juz się w nim nie widzę, ale pokój córki…tam niech się dzieje co chce :) Tam mój pedantyzm często ma urlop :) Planowanie? Nieeee, ja nie mogr planować. Dziecko ma to do siebie, że niweczy plany dzieki temu nauczyłam się być bardziej spontaniczna! Zakupy? Jak napisała jedna z mam – to porównywalne poziomem wydzieljącej sie adrenaliny do skoku na bungee :)

  • Zmieniło się wszystko, pod wszystkimi punktami się podpisuje :)
    najbardziej nauczyłam się cierpliwości :)

  • Kasia Harężlak

    Ja teraz potrafię się rozpłakać w najmniej spodziewanych momentach 😛 Ale spontaniczność udało mi się zachować :)

  • Wszystko przede mną 😉

  • u mnie bardzo podobnie. Czytając Twoj post zorientowałam się, że obok stoi zimna kawa – wyjątkowo, zazwyczaj wpijam gorącą jednym duszkiem, bo nie mam czasu na to, żeby się nie podelektować, a zimnej nie lubię:)
    Jedynie papierosy mi tu nie pasują, bo nigdy nie paliłam;). Ale czasami brakuje mi piwa miodowego lub jakiegoś słodkiego drinka w babskim gronie.
    Dodalabym jeszcze swoje zainteresowania. Niestety, ale nie mam czasu pogodzić nowego zycia z tym co było wczesniej. Nie mogę pójść na spotkanie z koleżankami, gdy męza nie ma, bo akurat synka przyszpiliła do nocnika biegunka, więc go przecież targać ze sobą nie będę. Rano nie zdążę pójść na jogę, bo muszę zrobić dla wszystkich śniadanie i jakoś się ogarnąć, a nie przecież marzę jeszcze o tych 20 minutach w łóżku. Nie mam czasu tyle czytać ile bym chciała, bo wieczorem padam na pysk, a jednak fajnie byłoby poczytać co tam na blogach, samej coś napisać, poszukać nowych inspiracji do aranżacji mieszkania itd. Coś za coś;)

  • Hmm, całkiem jak u mnie :)

  • Hm.. Ciekawe. Ja nigdy nie planowalam nic. Teraz się tego uczę, żeby przy dzieciach znaleźć czas na blogowanie i swoje prace. Ale z planowania tyle razy nic nie wychodziło, tyle razy lykalam frustrację, że jestem aż zdziwiona, że przy dzieciach można :) Moje są mało przewidywalne. Ustalona pora drzemki to byla przez krótki czas, czasem kilka dni, a potem znów zmiana.

    Dobrze, że Tobie się na udaje :) Łatwiej pewnie sobie dzień ułożyć :)

    Pozdrawiam!

  • Pingback: Sobą bądź, sobą być najlepiej jest | Dzieciorka()