Tytuł nie ma was wcale zmylić, zaliczyliśmy Bieszczady na spontanie. Mieliśmy jechać do Sanoka na wesele, a udało się trochę pozwiedzać i pooglądać. Na tyle, że było nam mało, brakło nam dnia. Przynajmniej jednego.

W piątek tuż po 12.00 wyruszyliśmy w kierunku Sanoka, wiedząc, że z Rozalką podróż może wyglądać różnie. I nawet nie chodzi o żadne choroby lokomocyjne, o nie Chodzi o to, że odpieluchowana dama świadomie w pieluchę nie załatwi swoich potrzeb. Podróż zajęła nam więc 6 godzin, z czego 2,5 zostało przespane. Reszta to mniej więcej “mama sisi”, 5 minut później “mama mmemm”, po kolejnych kilku kilometrach “mama siok”, i od nowa. Ale dojechaliśmy. Zakwaterowaliśmy się w domu weselnym i ruszyliśmy obejrzeć miasto. W końcu co robić wieczorem skoro wesele następnego dnia?

Sanok to bardzo urokliwe miasto. Z racji godziny dość wieczornej pokręciliśmy się po rynku, zjedliśmy kolację, a resztę wieczoru (do 22.00) spędziliśmy na terenie Domu Weselnego, gdzie na szczęście był plac zabaw dla dzieci.
W sobotę rano zgodnie z Małżonem stwierdziliśmy, że nie ma co siedzieć na tyłku w czterech ścianach. Mieliśmy czas do południa, więc należało go wykorzystać. Szybki research w google i wiedzieliśmy co i jak. Okazało się, że blisko mamy do skansenu. Żeby więc zmieścić się w czasie zaliczyliśmy szybkie śniadanie w McDonald’s, czyli dla nas kawa, dla małej lody i ruszyliśmy.

Dwie i pół godziny to zdecydowanie za mało. Na skansen potrzeba jeszcze raz tyle. Miejsce jest cudowne. Można spokojnie spacerować, praktycznie wszędzie wejść i wszystko zobaczyć. Żałuję jedynie, że nie zabrałam ze sobą naszego mei-tai, wózka też nie brałam, ale to byłby zbędny balast. Muszę się chyba zaopatrzyć w tą chustę/nosidło do noszenia dzieci na biodrze. W momencie gdy mała się zmęczy nie będzie problemu. 12,5 kilogramów to już niezły ciężar. W każdym razie trzeba było wracać, wziąć zimny prysznic i szykować się do wesela. Chciałam początkowo i o weselu napisać tu, ale jednak poświęcę temu osobny wpis.
W niedzielny poranek ustaliliśmy, że wracamy do domu przez Przemyśl i odwiedzimy tam koleżankę. Droga niby nie daleka, około 60 km, ale za to serpentynami. Jechaliśmy więc powoli, podziwiając widoki i zakochując się w Bieszczadach. Po drodze zatrzymaliśmy się w Krasiczynie. Jest tam piękny zamek i urokliwy park. Żałuję, że czas nas trochę gonił. Ale mój Małżon wpadł na pomysł przeszukania internetu, znalezienia fajnych miejsc w Bieszczadach (a tych niemało) i zrobienia kilkudniowej objazdówki późnym latem. Zobaczymy czy uda się zrealizować ten plan.

Wracając do domu zauważyliśmy już kilka wartych odwiedzenia miejsc. Jednak droga jaka była przed nami, upał i zmęczona Rozalka przechyliły szalę naszych pomysłów na swoją stronę. Przed nami było prawie 350 km. Postanowiliśmy więc jechać, zwłaszcza, że mała zasnęła. I spała tak aż do Katowic.

20150705_160704~2

 

Written by Marta S.

Absolwentka Komunikacji Społecznej na Politechnice Śląskiej. Obecnie mama dwóch cudownych córek - Rozalki i Florki, oraz dwóch psiaków - Riko i Dosi. Uwielbiająca rolę Home Manager'a, pretendująca do miana Perfekcyjnej Pani Domu fanka książek historycznych i obyczajowych, a także niepoprawna romantyczka.