Na wstępie chcę zaznaczyć, że tytuł nie bojkotuje sposobu rozszerzania diety jakim jest BLW. Post ten jest moim lekko żartobliwym spojrzeniem na sprawę. Nigdy nie przeczytałam i nie planuję czytać żadnej książki na temat BLW i wpis ten nie może być taktowany jako sprzedający wartościową wiedzę.

BLW, czyli bobas lubi wybrzydzać!

Nasza przygoda z rozszerzaniem diety rozpoczęła się pod koniec 5 miesiąca życia Ru. Mleczarnia podjęła strajk z przyczyn mi niewiadomych. Laktator próbował wygrać ze związkami zawodowymi, jednak okazało się, że miał słabą kartę przetargową. Od 5 miesiąca życia produkcja spadała, a rosło zapotrzebowanie. Walczyliśmy 4 miesiące, wyłączając kolejne karmienia. Gdyby nie walka Laktatora przegralibyśmy wcześniej, więc specjalne brawa dla tego pana. W każdym razie, w czasie strajku mleczarni mogłam wprowadzić MM lub pokarmy stałe.

Jako matka młoda, niedoświadczona, z jeszcze minimalną wiedzą, ogłupiona z każdej strony sprzecznymi informacjami postanowiłam zacząć standardowo od marchewki. Ze słoiczka, bo ja leniwa czasem bywam. Zwłaszcza w kuchni, bo nie lubię gotować. Tym sposobem zaczęłam karmić Ru słoiczkami, nie że szkłem, zawartością raczej. Miesiąc minął, a my z samych warzyw przeszłyśmy na bardziej skomplikowane dania. Na przykład taki ryż z warzywami, a co. Rozala wcinała wszystko aż miło, bywało, że z dokładkami. Dawała radę.

BLW znaczy do rączki

Mając 6 miesięcy umiała już fajnie siedzieć, sama. Zaczęła też ząbkować, więc znów moje lenistwo i kreatywność mi pomogły. Dostała w łapę jabłko w siateczce, potem banana, ale już bez siatki, bo całego wytarła w prześcieradło. Siateczka szybko wylądowała w koszu, a młoda jadła rękami. Nie chciało mi się ścierać na plastikowej/szklanej tarce owoców, nie chciało mi się czasem wyciągać, a potem myć blendera, więc sadzałam ją w krzesełku. Sama siadałam obok i podawałam kawałki owoców. Mająca wtedy potężny arsenał 8 zębów Rozalia dawała radę z gryzieniem. A było to w okolicy 8 miesiąca jej życia. W podobnym czasie zaczęła się przemieszczać po domu i kraść mi to co w torbach zakupowych leżało. I tak moje dziecko spróbowało (nieumytych – o zgrozo!) rzodkiewki, brzoskwini, nektarynki, ogórka, winogrona i innych rarytasów. Zajadała drugie śniadania i podwieczorki sama. A ja w tym czasie mogłam jednym okiem patrzeć na nią, drugim na kuchnię i coś jeszcze zrobić.

Ja sama!

Etap “ja sama” przypadł nam na okolice 11 miesiąca, wtedy to jaśnie panienka za każdym razem wyrywała mi  łyżkę. A ja na dziecko denerwować się nie lubię, ciśnienie mi wtedy skoczy i migrena murowana. Więc dałam jej tą łyżkę, a sama zjadałam CIEPŁY obiad. Sprzątania po takiej uczcie miałam trochę, ale do jesieni młoda już tak sprawnie manewrowała łyżką i widelcem, że mogłam spokojnie rozłożyć dywany. W tym czasie butlę z MM zmieniłam na kubek i tak dziecko mi rosło. Jadła wszystko pięknie, do dna, z dokładkami, zawsze chętna, zawsze głodna. Mleko na śniadanie, jogurt na drugie, zupy trzy miseczki, a jeszcze ziemniaczki i koniecznie owoce na podwieczorek. I tak płynął czas sielsko, anielsko. Młoda jadła, a mnie serce rosło, że dziecko moje takie fajne. I tak ładnie je, i nie trzeba żadnych samolotów, żadnych “za mamusię, za tatusia”.

Do czasu…

…gdy przyszedł moment ocknięcia się. Skończyła dwa lata i kilka miesięcy i się zaczęło odkrywanie siebie. Zaczęło się wybrzydzanie, nagle, z dnia na dzień. Zrobisz śniadanie, a ona tylko wędlinę zje, dwa plasterki. Obiad ugotujesz, a ona przyjdzie, spojrzy i “ble, mama kikel ce”. Ziemniaczki z sosem, mięsko pyszne jest, a ona przyjdzie i powie “ble”. Pewnie znów jakiś test mi przeprowadza. Sprawdza co zrobię. Przetrwam to, pies się ucieszy, bo będzie jadł dobre rzeczy. Kolację chce szykować, a ona mówi, że będzie rybę jadła i banana. Serio? Albo niezniszczalny kisiel, faworyt ostatnich tygodni – “mama! Kikel, jeeeśśśś”. Bywa, że z domu wyjdzie bez śniadania, a spać pójdzie bez kolacji. Śniadanie pikuś, w przedszkolu zje drugie i obiad zje też. A, że bez kolacji? Ja wiem, na noc się nie je, ale żeby nie zgłodnieć od 16.00 do 8.00 ran0? No da się, to w końcu moja córka jest. Jej jedzenie nie powinno mnie dziwić.

Wasze przygody z rozszerzaniem diety wyglądały podobnie?

Written by Marta S.

Absolwentka Komunikacji Społecznej na Politechnice Śląskiej. Obecnie mama dwóch cudownych córek - Rozalki i Florki, oraz dwóch psiaków - Riko i Dosi. Uwielbiająca rolę Home Manager'a, pretendująca do miana Perfekcyjnej Pani Domu fanka książek historycznych i obyczajowych, a także niepoprawna romantyczka.