Tata na L4 to temat trudny, bardzo. Ostatnie dwa tygodnie pokazały co oznacza głowa rodziny na zwolnieniu lekarskim. I pokazały wcale nie w dobry sposób. Oczywiście nikt z nas nie przypuszczał, że wszystko będzie wyglądało jak wygląda, ale był czas podjąć konkretne kroki.

Tata na L4

Jak do tego zwolnienia doszło pisałam całkiem niedawno, męskie hobby okazało się być połamane w skutkach. Ale nie o tym dziś. Dziś o tym jak sytuacja wpływa na Ru.

Małżon wrócił z SORu wieczorem, kiedy Rozalia już smacznie spała. Przez co rano pobudka była dla niej zaskoczeniem. Pobiegła do taty, który chwilowo rozgościł się na kanapie i zdębiała. Wystraszyła się nogi w gipsie, nie wiedziała czy może podejść do taty czy lepiej uciekać. Wyjaśniłam jej co się wydarzyło, dlaczego tata ma gips i że trzeba na ten gips uważać. Że skakać nie można po tacie, bo noga go boli, że przez jakiś czas nie pobiegają razem, że tata musi chodzić o kulach. Myślałam, że szybko sobie poukładała w głowie co i jak. Zwłaszcza, że w przedszkolu snuła opowieść, której nie umiały do końca zrozumieć panie:
“Tata tup,tup,tup, tata bach, tu au, buuuu, tata hyc, hyc i kijki.” – “Tata biegł, przewrócił się, noga boli, oj boli, teraz podskakuje i ma kule.”
Jasne i logiczne, prawda? No niby prawda, ale…

Pierwsze kłopoty

Dość szybko przyszły. Po kilku dniach przyplątał się kryzys siedzenia w domu i niemożności zrobienia wielu rzeczy bez pomocy. Banalna czynność jak przyniesienie kawy stała się utrudniona, bo jak to zrobić by nie wylać? Pić w kuchni, na stojąco? Nie jest dobrze. Wyszło jak wyszło, on zdenerwowany, że częściowo zależny ode mnie, ja wkurzona, bo co chwilę przerywał mi coś co robiłam, albo zmieniał od dawna czynione plany. Cóż, wszystkiego się nie przewidzi. Ale jakoś udało nam się ogarnąć, odetchnąć, kolejna wizyta u lekarza nastroiła nas optymistycznie i myśleliśmy, że pójdzie już z górki. Ale nie, bo tu do gry wkroczyła Rozalia….

I się zaczęło!

Chyba trochę zła, że tata nie może bawić się z nią jak jeszcze jakiś czas temu. On wiecznie z nią szalejący, a teraz szukający sposobu na zwrócenie jej uwagi w inny sposób. No i ja, zajęta milionem spraw i ledwo dająca radę. Małżon, którego praca wygląda tak, że więcej go nie ma w domu niż jest, nagle nie do końca poradził sobie z sytuacją. Bo wiecie, zawsze była rozmowa taka:

ON: Bo ty tylko na tym fanpage i na tym blogu i cały dzień w internecie siedzisz!
JA: Taa, dzień i noc, a obiad robi się sam, twoje koszulki wczoraj się wyprasowały i gęsiego zawędrowały do szafy, a Rurka sama się wychowuje! Dałabym ci rozpiskę tego co robię, jak mała jest w przedszkolu i byś się nie wyrobił z połową 😛
ON: Tak ci się tylko wydaje, ja bym wszystko zorganizował sobie, i jeszcze zajął się Rozalką!

Długo nie trzeba było czekać. Chyba los mu tą kłodę pod nogę podłożył za takie dogadywanie.

Efekty są tragiczne

Po dwóch tygodniach Małżonowego L4 moje dziecko nagle zniknęło. Na jej miejscu pojawiła się jakaś rozwydrzona dziewczynka, która najchętniej cały dzień przesiedziałaby z telefonem w ręku i oglądała bajki. Wiecie czemu? Dlatego, że unieruchomiony Małżon cały czas miał przy sobie telefon, a to coś oglądał, a to w coś grał. Rozala szybko doszła do wniosku, że skoro on może, to ona też. I mamy drobny problem. Problem zniknie jak zniknie gips. Bo kiedy jesteśmy w domu same, kiedy wywieziemy Małżona do jakiegoś kolegi Rozalia jest zupełnie inna. I nie żebym tutaj chciała własnego męża oczernić czy stwierdzić, że się nie nadaje do wychowywania dziecka. Chodzi o to, że złamana kostka pokazała mu w końcu jak wygląda prawdziwy dzień z dzieckiem. Że matka, bloga pisząca, wcale nie siedzi cały dzień z komputerem czy komórką pod nosem. Że całe popołudnie zajmuję się tylko dzieckiem, że telefon leży poza zasięgiem i wzrokiem Ru i korzystam z niego tylko, gdy muszę zadzwonić. Sytuacja pokazała, że “siedzenie w domu” to wcale nie jest wywalenie się na kanapie i oglądanie telewizji. Dwuletnie dziecko potrzebuje przecież zabawy, stymulacji, naszej uwagi!

Ku lepszemu!

Po ciężkim wstępie od niedzieli zaczęło być lepiej. Rozalia jakby zaakceptowała nową sytuację. Teraz to ona dyktuje warunki i każe tacie odłożyć telefon i czytać książki. Zabiera kule i robi sobie z nich tor przeszkód, a z naszego małżeńskiego łóżka zrobili sobie tratwę. Szczebelkami od łóżeczka łowili ryby na obiad. Wszystko się da jeśli tylko się chce i nawet tata na L4, z nogą w gipsie może być świetnym towarzyszem zabaw. Bo ta nie kończy się na szalonym bieganiu. Ale żeby dojrzeć do nowej sytuacji potrzebny był czas. Teraz będzie już tylko lepiej.

Written by Marta S.