Bardzo chciałam urodzić naturalnie, nie udało mi się to za pierwszym razem. Ważniejsze było zdrowie i życie dziecka niż moje “widzimisię”. Za drugim razem do końca miałam nadzieję, że jednak się uda, że będzie udany VBAC. Jeszcze dwa tygodnie przed urodzeniem Florki byłam przekonana, że pojadę do szpitala dopiero z regularnymi skurczami. Ostatnia wizyta u lekarza zweryfikowała moje nadzieje. Dlaczego tak się stało?

Ostatnia wizyta u lekarza

We wtorek pojechałam do swojego lekarza na wizytę z nastawieniem na poród naturalny. Wizyta przebiegała standardowo – ważenie, mierzenie ciśnienia, sprawdzenie wyników ostatnich zleconych badań, a później… Później ostatnie, jak się okazało USG. Florka została zmierzona, co nie było łatwe, bo wierciła się jak szalona, nie podobało jej się chyba, że ktoś ją ciągle naciska głowicą aparatu ultrasonograficznego. Kiedy już zaczęła z nami współpracować okazało się, że waży około 3500 gram, dokładnie jej waga oscylowała w granicy 3200-3800. Do tego lekarz ocenił stan blizny po pierwszym cięciu i zdecydował, że bezpieczniej będzie umówić się na cięcie. Myślałam, że wybuchnę płaczem jak tylko wyjdę z gabinetu, ale kiedy wsiadłam do samochodu i zaczęłam myśleć o tym wszystkim, to udało mi się zapanować nad emocjami.

Przypomniałam sobie pierwszy poród, gdzie wszystko szło pięknie, wręcz książkowo. Skurcze, wyjazd do szpitala, odejście wód płodowych, postępujące rozwarcie i skurcze parte, podczas których okazało się, że Rozalka przekręciła głowę i nie da rady wyjść. Kiedy przy kolejnym skurczu partym powiedziałam, że dziecko się nie przesuwa mimo całego wysiłku jaki wkładałam w parcie. Zostałam zbadana i usłyszałam “nie przyj”. W kanał rodny weszła czołem zamiast czubkiem głowy, gdybym próbowała dalej przeć zaklinowałaby się i udusiła. Musiałam wytrzymać i nie pamiętam za wiele z przygotowania mnie do cięcia. Pamiętam za to jak ciężko było mi dojść do siebie po ogromnym wysiłku 9-godzinnego porodu naturalnego. Pamiętam, że po raz pierwszy w życiu miałam anemię z powodu utraty dużej ilości krwi. I pamiętam też, że pierwsza próba wstania z łóżka zakończyła się utratą przytomności i ponownym podpięciem mnie pod kroplówki.

I kiedy na spokojnie przeanalizowałam sytuację, doszłam do wniosku, że skoro nic się nie da zrobić to trzeba przyjąć na klatę to co jest. Wiedziałam, że po takiej planowanej cesarce na pewno pewne rzeczy będą prostsze. Że może nie będzie tych emocji jakie towarzyszą naturalnemu porodowi, ale za to będzie pewność, że Florka przyjdzie na świat bezpiecznie, a ja wrócę do domu tak szybko jak to będzie możliwe.

Cesarskie cięcie na zimno

Jak wygląda takie cięcie, kiedy mamy umówiony termin?

Musiałam zgłosić się do szpitala dzień przed planowanym zabiegiem i to rano, a do tego na czczo. Wiem, że różnie jest w zależności od szpitala, ale tu gdzie rodziłam mieli taką właśnie politykę. Więc przyjechałam około 10.00, wraz ze skierowaniem musiałam zgłosić się na SOR i tam zostałam przyjęta do szpitala. Weszłam na oddział, gdzie miałam zrobione takie badania jak morfologia, KTG, badanie ginekologiczne i USG. I tu się dowiedziałam, że mam rozwarcie na palec, a mała waży między 3500 a 4000 gram. Gdybym dzień wcześniej poszła na spacer to kto wie jakby się wszystko skończyło. Po tych badaniach poszłam na salę, gdzie o dziwo nie było podziału na ciężarne i położnice. Leżałam na sali z dziewczyną, która urodziła dziecko kilka dni wcześniej. Mogłam w końcu zjeść zabrane z domu śniadanie i wypić kawę. Czas jaki miałam postanowiłam spożytkować na dokończenie książki i udało mi się to. Dostałam całkiem dobry obiad i czekałam co dalej. Po południu czekało mnie kolejne KTG i konsultacja anestezjologiczna. Anestezjolog także sprawdził wszystkie moje wyniki i zapytał czy mam jakieś preferencje co do znieczulenia. Powiedziałam, że nie chcę całkowitej narkozy, że wolę znieczulenie podpajęczynówkowe. Chciałam być świadoma tego co się dzieje i zobaczyć córkę tak szybko jak to tylko możliwe. Jedyny przykaz jaki dostałam to “nie jeść po 21.00”.

Rano ne dane mi było pospać, pielęgniarki obudziły mnie już o 5.00, bo trzeba było zrobić ostatnie już KTG, założyć wenflon i zrobić lewatywę. Potem mogłam pić już tylko wodę. Wiecie jakie to trudne, kiedy koleżanka z łóżka obok zajada kanapkę i pije sok lub herbatę? Mnie pozostało tylko czekać. Wiedziałam, ze zaplanowane są dwa cięcia tego dnia, zastanawiałam się więc, o której godzinie moja kolej. Czekałam i czekałam, miałam wrażenie, że czas stoi w miejscu. W końcu o 10.00 zostałam poproszona na salę porodową. Tam dostałam kroplówkę i znów 40 minut leżenia i czekania. Przyszedł anestezjolog (swoją drogą całkiem fajny i przystojny) i mówi do mnie:
– Robimy podpajęczynówkowe? Jest pani pewna?
– Lubie wiedzieć co się kroi – odpowiedziałam.
– Haha, słusznie! Zapraszam na salę w takim razie.

I poszłam za nim. W tym momencie emocje zaczęły brać górę i wkręciła mi się niezła korba. Podobnie miałam 12 lat wcześniej kiedy szłam na laparoskopię. Powiedziałam lekarzowi, że w całym szpitalu jest tak gorąco, że wytrzymać nie można, a oni sobie tu wietrzą salę aż miło. Później kiedy wkłuwał się w kręgosłup i kazał odpowiednio usiąść odpowiedziałam, ze wiem, bo przecież oglądałam “Sekrety lekarzy” i generalnie przygotowanie do zabiegu i znieczulenie przebiegło w atmosferze pełnej żartu i śmiechu.

Kiedy już nie czułam nic od pasa w dół przyszli lekarze i zaczęła się zabawa. Jedyne co widziałam to pełne skupienie na ich twarzach, ale pielęgniarka anestezjologiczna opowiadała mi wszystko co się dzieje. Wyciągnęli Florkę tak sprawnie, że nawet nie czułam szarpania czy ciągnięcia, zapamiętanego z pierwszej cesarki. Poszło tak jakoś bardzo gładko i sprawnie. Szybko usłyszałam pierwszy krzyk małej, dostałam ją od razu na piersi. Lekarze czyścili macicę, a ja miałam na sobie fioletowo-siną istotkę o długich nogach i olbrzymich stopach! Miałam ją na sobie i mogłam przytulać jedną ręką do czasu, aż lekarze skończyli mnie zszywać.

Wróciłam na salę, inną niż poprzedniego dnia, na tej nowej miałam dzwonek po pielęgniarkę. Czekało mnie 12 godzin leżenia, w tym kilka z obciążeniem na brzuchu. Było to szczególnie uciążliwe kiedy znieczulenie przestało działać. Wszystko bolało, nie da się ukryć, że to ta najmniej przyjemna część cesarki. Kolejną taką rzeczą jest ogniatanie brzucha w celu sprawdzenia jak obkurcza się macica – boli jak cholera.

cesarskie cięcie

A później trzeba wstać

To moment, którego obawiałam się najbardziej. Kiedy wszystko cię ciągnie, boli, kiedy ledwo, ledwo możesz przekręcić się na bok, a i tak zajmuje ci to 15 minut – musisz wstać. Poszło łatwiej niż za pierwszym razem, ale i tak czułam jakby ktoś zabrał mi połowę płuc. W głowie się kręciło, ale musiałam. Przez kilka pierwszych godzin było źle, ciężko i sama bałam się iść do łazienki. Jednak z godziny na godzinę czułam się coraz pewniej. Jeszcze nie mogłam nic zjeść, co nie ułatwiało mi funkcjonowania. Ale całą energię i uwagę skierowałam na to, żeby karmić Florkę piersią. Ale o tym, jak wyglądały początki karmienia tym razem opowiem wam następnym razem.

medbest

*

*

*

************************************************************************************************************
Jeśli spodobał Ci się ten wpis będzie mi niezmiernie miło, gdy zostawisz po sobie ślad.
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na facebook oraz instagram.

Written by Marta S.

Absolwentka Komunikacji Społecznej na Politechnice Śląskiej. Obecnie mama dwóch cudownych córek - Rozalki i Florki, oraz dwóch psiaków - Riko i Dosi. Uwielbiająca rolę Home Manager'a, pretendująca do miana Perfekcyjnej Pani Domu fanka książek historycznych i obyczajowych, a także niepoprawna romantyczka.